moja półka

2016

16.
Elizabeth Strout
„Mam na imię Lucy”










15.
Michał Rusinek
„Nic zwyczajnego”










14.
Konrad Kruczkowski
„Halo człowiek. Rozmowy o tym, co ważne”

13.
Katarzyna Bonda
„Tylko martwi nie kłamią”










12.
Christie Golden
„Warcraft Durotan”










11.
Małgorzata Musierowicz
„Feblik”










10.
Małgorzata Musierowicz
„Wnuczka do orzechów”










9.
Małgorzata Musierowicz
„McDusia”










8.
Paula Hawkins
„Dziewczyna z pociągu”










7.
Małgorzata Musierowicz
„Sprężyna”










6.
Magdalena Kicińska
„Pani Stefa”










5.
Jacek Piekara
„Płomień i krzyż”, 2015










4.
Grzegorz Kalinowski
„Śmierć frajerom”, 2015










3.
Hadrien Rabouin
„Dziennik Hadriena i Rumianki”










2.
Żałowała, że nie chorowała na raka. W jednej chwili zamieniłaby Alzheimera na nowotwór. Wstyd jej było, że tak właśnie czuła i z całą pewnością targowanie się w tej kwestii było bezcelowe, jednak i tak pozwoliła sobie na te fantazje. Mając raka, mogłaby z nim walczyć. Mogłaby poddać się operacji, naświetlaniom albo chemoterapii. Istniała szansa, że może wygrać. Jej rodzina oraz społeczność uniwersytecka – wszyscy wspieraliby ją oraz uznaliby jej walkę za szlachetną. I nawet gdyby ostatecznie poległa w tym starciu, to mogłaby spojrzeć im wszystkim w oczy i pożegnać się, zanim odejdzie.
Choroba Alzheimera była zupełnie inną bestią. Nie istniała żadna broń, którą  można by ją było pokonać.

*
– Alice, znamy się nie od dziś.
– To prawda.
– Zaryzykuję, będę bezpośredni i niedyskretny. Czy w domu wszystko w porządku?
– Tak.
– W takim razie , jak ty się czujesz? Czy to z powodu stresu i przygnębienia?
– Nie, to nie to.
– Niezręcznie jest mi cię o to pytać, jednak masz może problem z alkoholem lub innymi używkami?
Wysłuchała już wystarczająco dużo. Nie mogę żyć z reputacją zestresowanej, cierpiącej na depresję narkomanki. Cierpienie z powodu demencji odznacza się mniejszym piętnem niż to.
– Eric, choruję na Alzheimera.

Jego twarz zbladła. Spodziewał się usłyszeć o niewierności Johna. Miał już w kieszeni wizytówkę dobrego psychiatry. W każdej chwili mógł zorganizować dla niej wsparcie lub też załatwić odwyk w McLean Hospital. Jednak na to, co usłyszał, nie był przygotowany. 
Lisa Genova
„Motyl”, 2014

1.
Doktor MacTurk, chirurg, którego sprowadzono dla Moore'a, uznał, że rana jest groźna, ale niekoniecznie beznadziejna. Z początku planował przysłać swoją własną pielęgniarkę, lecz pani Yorke i Hortensja nie chciały o tym słyszeć i przyrzekły , że będą się wiernie stosować do jego zaleceń.

Niewątpliwie swe przyrzeczenie wypełniały sumiennie, lecz coś poszło nie tak – być może zsunęły się bandaże i ranny zaczął tracić dużo krwi. Wezwany z powrotem MacTurk przypędził galopem. Był jednym z tych chirurgów, których niebezpiecznie jest denerwować – porywczym w swych najlepszych nastrojach, w swych najgorszych – dzikim. Zobaczywszy, w jakim stanie jest Moore, dał upust swym uczuciom za pomocą kilku nieco kwiecistych słów, którymi nie będziemy dekorować stronicy tej książki. Jeden wyborny bukiecik padł w stronę niejakiego pana Gravesa – jego asystenta o kamiennej twarzy, który z reguły wszędzie mu towarzyszył. Druga wiązanka przeznaczona była dla uszu drugiego dżentelmena z jego świty, który okazał się jego własnym synem. Jednak największy bukiet kwiecia przypadł w udziale kobiecemu rodowi en masse [fr. w całości].

Większą część tamtej zimowej nocy doktor i jego satelici spędzili, biegając wokół wycieńczonego ciała Moore'a. Podczas gdy wszyscy trzej stali po jednej stronie łóżka – po drugiej stała śmierć. Walka była zacięta i wyrównana – aż do świtu wydawało się, że szala zwycięstwa może się przechylić na każdą ze stron.
Charlotte Brontë
„Shirley”, 2014

2015
12.
Siedzimy przy kuchennym stole, przed nim rozłożone książki i zaszyty z zadaniami do odrobienia, przede mną ćwiczenia zadane mi przez terapeutę. Oboje wolelibyśmy robić coś innego. (…) Telewizor jest wyłączony, w domu jest cicho, stół jest uprzątnięty.
– Okej, Charlie. Zabieramy się do pracy. Kto zaczyna?
– Ty – odpowiada.
Patrzę na tacę, stojącą przede mną. Pionowa linia z pomarańczowej taśmy przedziela tacę na pół. Taca jest pusta.
– Dobrze, ja zacznę – mówię.
Zadnie Charliego polega na tym, że kładzie na lewej stronie tacy od jednej do pięciu gumowych piłeczek, wielkości mandarynki. Moje zadanie polega na zobaczeniu, ile piłeczek się tam znajduje.
– Gotowe – mówi.
Moje zadanie domowe zaczynam od uchwycenia prawą ręką dolnej części tacy. Następnie przesuwam nią w lewo aż poczuję kąt prosty lewego rogu. Dopada mnie niepokój, kiedy prawą ręką przekraczam linię, wyznaczającą środek mojego ciała i pozostawiam ją gdzieś na niezbadanym Lądzie Lewej Strony. (…) Instynktowny strach, wewnętrzna odwaga, ślepa wiara.
Teraz prawą rękę przesuwam w prawo, badając powierzchnię tacy, co jest naturalne i proste, ponieważ w ten sposób wycofuję się z lewej strony.
– Cztery – mówię.
– Tak! Świetnie, mamo! – mówi Charlie. – Przybij piątkę!
Szukanie piłeczek jest najłatwiejszą częścią mojej pracy domowej i nie zasługuje na aplauz, ale nie chcę go zniechęcać. Uśmiecham się i uderzam w jego dłoń.
– Przybij piątkę lewą ręką – mówi Charlie.
Uwielbia ze mną pracować. I tak muszę odnaleźć lewą rękę przed kolejnym ćwiczeniem, więc spełniam jego zachciankę i zaczynam szukać. Znajduję ją, zwisającą luźno z boku i udaje mi się ją podnieść, ale nie wiem dokładnie gdzie się znajduje. Charlie czeka z podniesioną do przybicia piątki ręką, która jest moim celem. Ale on podniósł swoją prawą rękę, która dla mnie znajduje się po lewej, co sprawi, że i ją niełatwo mi znaleźć. Charlie jest prawdopodobnie najbardziej wymagającym terapeutą, jakiego miałam. Nie mając żadnej pewności, że mi się uda, biorę zamach ręką. Nie trafiam w piątkę i uderzam go w klatkę piersiową.
– Mamo! – mówi ze śmiechem.
– Przepraszam, skarbie.
(…)
Przykłada moją czerwoną zakładkę do lewej strony swojej karty pracy, tak żebym mogła śledzić to, co robi i oboje zaczynamy czytać. Ale po kilku sekundach, najbardziej zauważalną rzeczą, którą robi staje się nie czytanie ani pisanie, tylko wiercenie się. Kręci się na krześle, kołysze w przód i w tył, siada, podpierając się na kolanach, a potem znowu na tyłku, macha nogami. (…)
A może pozbędziemy się krzesła? Będziesz odrabiał zadanie na stojąco? – pytam.
Odsuwa krzesło i stoi, od razu zauważam różnicę. Jedną nogą tupie w podłogę, jakby odmierzał czas, ale reszta ciała się uspokaja. (…)
– Zrobione! – mówi, odkładając ołówek. – Mogę teraz pograć w Mario?
– Czekaj, czekaj – mówię, ciągle czytając trzecie pytanie. (…)
– Charlie, pierwsze trzy odpowiedzi są złe. Wróć do nich.
Jęczy i tupie nogą.
– Widzisz, jestem głupi.
– Nie jesteś głupi. Nie mów tak. (…) Żadne z nas nie jest głupie. Nasze mózgi pracują inaczej niż mózgi większości ludzi i musimy się nauczyć, jak zaprząc je do pracy. Ale nie jesteśmy głupi, prawda?
– Prawda – mówi, zupełnie mi nie wierząc.
– Okej. Dlaczego tak się spieszyłeś?
– Nie wiem.
– Masz mnóstwo czasu, żeby pograć w Mario. Nie musisz się spieszyć. Zwolnij i rozwiązuj po jednym zadaniu na raz. Przeczytaj jeszcze raz pierwsze. (…)
– Charlie, czy trudno ci się skupić na jednym zadaniu, kiedy jest ich tak wiele na kartce?
– Tak.
– Aha. Mam pomysł. Przynieś nożyczki. (…) Przetnij kartkę wzdłuż linii, które narysowałam.
Kiedy nie ma innych słów, przyciągających jego uwagę, widzi tylko jedno pytanie i nie miesza informacji w nim zawartych z innymi zadaniami. Daję mu kolejno wszystkie dziesięć karteczek z ćwiczeniami i na wszystkie odpowiada właściwie. (…)
– Koniec, Charlie. Nie ma więcej zadań. Zrobiłeś wszystkie.
– Skończyłem?
– Tak. Świetna robota.
Triumf i duma pojawiają się na jego buzi. Uderza mnie to, że przypomina mnie samą.
Lisa Genova
„Lewa strona życia”, 2015

11.
Zdjęcia z miejsca przestępstwa umożliwiają podglądanie tajemnic nieznajomych. Różnią się one od fotografii artystycznej, gdzie oświetlenie i przedmioty dobiera się i ustawia tak, aby wydobyć z nich piękno. Zdjęcia z miejsca przestępstwa robi się po to, by uchwycić kompletną, obrzydliwą rzeczywistość wraz z istotnymi szczegółami. Oglądanie takich zdjęć jest zadaniem wstrząsającym i przygnębiającym.
Kathy Reichs
„Pogrzebane tajemnice”, 2008

10.
Hanna Kowalewska
„Tego lata w Zawrociu”











9.
Tomek wygrzebuje z kieszeni świeczkę i zapałki.
I jak się leży? – pyta ojca.
Brakuje mu ich rozmów. Takich głupich przepychanek na każdy temat.
A jak może się leżeć pod toną chryzantem? Żeby choć złociste. Powtarzałem zawsze tej głupiej klępie, że nie znoszę białych, no to masz. Białe! Żeby choć raz jakieś inne. – Tomek parodiuje słowa ojca. A potem dodaje już swoim głosem:
– Inka przyjeżdża.
– Inka! Pewnie! Inki-srynki! Wiesz, jak to się kończy. Zawsze tak samo. Już ci się raz tak skończyło. Kaśka-sraśka! Mało ci? Prawdziwy facet trzyma się z dala od bab. Na ryby się wybierz kutrem. Płot popraw od strony tej wrednej czarownicy. Myślisz, że jak jestem na cmentarzu, to nie wiem, co ona robi? Rozbiera kawałek po kawałku. A to nasze. Twoje i moje. I wara jej od tego. Żebyś jej tam nie wpuścił! Nawet na chwilę.
Tomek ustawia świeczkę obok białych chryzantem i odmawia zdrowaśkę.
Nie wiem, jak mogłeś mnie zostawić samego z matką – mówi do ojca. – Najpierw wyprowadziłeś się za płot, teraz tutaj. Tak robią prawdziwi faceci?
Dokładnie. I żebyś nie śmiał położyć jej kiedyś obok mnie. Niech leży ze swoją mamuśką.
– A ja, gdzie mam się położyć? – pyta jeszcze Tomek. Nie pierwszy raz zresztą.
Gdzie chcesz. To tyle w tym temacie. Prawdziwy facet kładzie się, gdzie chce. Przyjdzie czas, to będziesz wiedział, który to kawałek ziemi. Zaklepiesz, przykryjesz płytą, jak ja, by na ciebie czekał.
– A może z tobą?
– Wiesz, jak jest – odpowiada stary. – Wiesz.
Wiem. Chcesz być sam. Tak mają prawdziwi faceci. I prawdziwi dziwacy.
– To co się głupio pytasz?
– Chrzanię cię. I tyle w tym temacie.
Tak zwykle żegna się z ojcem. Ojciec się śmieje. Podoba mu się takie męskie pożegnanie.
Hanna Kowalewska
„Tam, gdzie nie sięga już cień”, 2015

8.
W pozbawionym całkowicie dziennego światła wnętrzu wisiała u sufitu naftowa lampa, co upodabniało sklepik do kajuty starego statku. Rozglądałem się czekając, by ukazał się Weizmann, właściciel lambardu. […] Przyglądałem się właśnie medalom, gdy poczułem zapach dymu z fajki i usłyszałem znajomy kaszel Weizmanna.
– Powinieneś bardziej o siebie dbać, Weizmann.
– A po co miałbym długo żyć? – Przy każdym słowie Weizmanna oczekiwało się, że znów się rozkaszle. […]
– Spróbuj czasem odetchnąć dla odmiany świeżym powietrzem – zasugerowałem. – Albo przynajmniej mniej zadymionym.
– Powietrze uderza mi do głowy – odpowiedział. – A poza tym staram się od niego odzwyczaić, nie wiadomo, czy Żydom nie zabroni się wkrótce wdychania tlenu. – Podniósł ladę. – Chodź do kantoru, przyjacielu i powiedz, jak mogę ci pomóc?
Poszedłem za nim, mijając puste regały.
Widzę, że coś się ruszyło w interesach – stwierdziłem. Odwrócił się i dziwnie na mnie spojrzał. – No to co się stało z książkami?
Weizmann pokiwał ze smutkiem głową.
Niestety, musiałem je stąd usunąć. Ustawy norymberskie zabraniają Żydom handlu książkami. – Zaśmiał się z goryczą. – Nawet używanymi… Więc trzymam się prawa i wierzę, że Horst Wessel był bohaterem.

*
Berlin. Dawniej kochałem to miasto. Ale to było zanim spojrzało ono w swoje odbicie i włożyło tak ciasny gorset, że z trudem mogło oddychać. Lubiłem jego beztroską filozofię, jazz, wulgarne, pełne życia kabarety i inne kulturalne ekscesy, którymi charakteryzowały się  czasy weimarskie i które sprawiały, że Berlin był jednym z najbardziej ekscytujących miast świata.

Za moim biurem znajdowała się główna komenda policji i wyobrażałem sobie, jak tam harują, by wytropić najcięższe przestępstwa – takie jak: oznaki braku szacunku dla Führera, wywieszki u rzeźników „brak towaru”, nieoddawanie salutu hitlerowskiego i homoseksualizm. Berlin pod panowaniem nazistowskiego rządu przypominał wielkie, ciemne, nawiedzone przez duchy domostwo, pełne mrocznych zakątków, ponurych schodów, złowieszczych piwnic, pozamykanych pokoi. Na strychu grasowała cała zgraja upiorów, rzucających książkami i trzaskających drzwiami, tłukących szyby, wrzeszczących po nocach i napędzających takiego stracha właścicielom, że często chcieli już sprzedać dom i się wynieść. Zwykle jednak tylko zatykali uszy, zasłaniali oczy i próbowali udawać , że nic się nie dzieje.  
Philip Kerr
„Marcowe fiołki”, 2009

7.
– Wszyscy czekają na Mojżesza.
Mówiąc to, Frieda się uśmiechnęła. Czuła, że powinna się uśmiechać.
Przerażenie i szok na otaczających ją twarzach były tak widoczne, iż uznała, że niezbędna jest demonstracja hartu ducha. Dobrze wiedziała, że od tego okropnego dnia […], gdy naziści odkryli swoje karty i zaczęli naprawdę pokazywać, do jak bezkresnej otchłani są gotowi podążać za swoją oszalałą filozofią, hart ducha będzie jedynym, co może ich wesprzeć. […]
Ponieważ jednak na razie nikt nie znał żadnego Mojżesza i nie było dokąd pójść w dniu, gdy ich własne ulice okupowała brutalna armia, więc siedzieli. Nieswojo i nienaturalnie. […]
Podano kawę, różne ciasta i słodycze przyniesione przez ludzi. Słodkie precle, Butterstollen, Streuselkuchen. I znowu kawę.
Wolfgang cicho grał na pianinie. Nic pogrzebowego, głównie spokojne melodie.
Tak sobie wyobrażam ostatnią godzinę na Titanicu – powiedział. – Zawsze podziwiałem chłopaków z tej orkiestry. Nigdy nie sądziłem, że będę w niej grał.

*
– Dzień dobry – powiedział człowiek w białym fartuchu. – Jestem doktor Huber z Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS. Pochodzicie z trzech dobrych rodów niemieckich, inaczej nie byłoby was tu. Jednak Napola wymaga czegoś więcej. Tylko osobnicy o najlepszej i najszlachetniejszej krwi mogą się tutaj kształcić, a ja podejmę decyzję, czy w waszych żyłach płynie taka krew czy nie. Mamy pięć typów germańskich. Najlepszy z nich, Herrenmensch, to oczywiście typ nordycki. Po nim idą falicki, dynarski, zachodniogermański i w końcu bałto-słowiański. Tylko dwa pierwsze typy rasowe mają zagwarantowane miejsca w tej szkole. Jednak, chłopcy, nie wpadajcie w rozpacz, jeśli macie polską prababcię. Większość jungmanów, których tu mamy, stanowi mieszankę tych pięciu typów, a my wymagamy tylko, żeby u kandydatów przeważały cechy typu nordyckiego.
[…]
Ottonowi wydawało się, że śni, gdy zapinał brunatną koszulę i zawiązywał brązowy krawat, wkładał czarne spodnie i wiązał sznurowadła butów. Do rękawa czarnej marynarki przyszyta była opaska ze swastyką, której kształt różnił się od powszechnie stosowanego, nie był owalny, tylko kanciasty. […]

Poza czapką i butami, reszta wyglądała dokładnie tak samo jak mundury SS, noszone przez mężczyzn, którzy zabrali ojca Ottona do obozu koncentracyjnego. 

Ben Elton
„Dwaj bracia”, 2015

6.
Wiem, że mama nie żyje, ale czy widzę ją dlatego, ze mam przywidzenia na skutek utraty krwi, czy może dlatego, że jestem zamroczona serum śmierci, a może mama w jakiś sposób tu jest.
Klęka przy mnie i kładzie mi chłodną dłoń na policzku.
– Cześć, Beatrice – mówi i się uśmiecha.
– To już? – pytam, ale nie jestem pewna, czy wypowiadam te słowa na głos, czy tylko w myślach, a mama je słyszy.
– Tak – odpowiada z oczami lśniącymi od łez. – Doskonale się spisałaś, dziecinko.
– A co z resztą? – Wstrząsa mną szloch, gdy wyobrażam sobie twarz Tobiasa, jego ciemne, nieruchome spojrzenie, jego silną, ciepłą dłoń, gdy po raz pierwszy stanęliśmy naprzeciwko siebie. – Co z Tobiasem, Calebem, z moimi przyjaciółmi?
– Będą się troszczyć o siebie nawzajem – mówi. – Jak zwykle.

Veronica Roth
„Wierna”, 2014

5.
Prawie się go boję. Nie wiem, jak się zachować, gdy wpada w szał, a tak właśnie jest teraz. Obłęd buzuje mu tuż pod powierzchnię skóry, tak samo jak okrucieństwo we mnie. Każde z nas toczy wewnętrzną wojnę. Czasem to ona utrzymuje nas przy życiu. A czasem to ona nam zagraża.

*
– Nie możemy stąd uciec – szepczę. – Bo to symulacja. Pociąga mnie za prawą rękę. Prawdziwy Tobias pamiętałby, ze jestem ranna w ramię.
– Co? – Spogląda na mnie gniewnie. – Chyba bym wiedział, gdybym był pod wpływem symulacji?
– Ty nie jesteś pod wpływem symulacji. Ty jesteś symulacją. – Unoszę wzrok i mówię na głos: – Mogłaś wymyślić coś lepszego, Jeanine.

Veronica Roth
„Zbuntowana”, 2012

4.
Wstrzymuję oddech, kiedy obraca ostatni nóż w dłoni. Widzę błysk w jego źrenicach, kiedy podnosi ramię i rzuca. Nóż leci wprost na mnie, obraca się, ostrze, rękojeść. Ciało mi sztywnieje. Tym razem, kiedy sztylet uderza w deskę, ucho mnie piecze i krew łaskocze w skórę. Dotykam ucha. Drasnął je. A sądząc ze spojrzenia, jakie mi posyła, zrobił to specjalnie.
 Bardzo chciałbym stać tu i widzieć, że wszyscy jesteście tacy odważni jak ona – odzywa się Eric łagodnym głosem. – Ale na dziś wystarczyŚciska mnie za ramię. Palce ma suche i zimne. Patrzy, jakby rościł sobie do mnie prawa, jakby to, czego dokonałam, było jego. Nie odwzajemniam się uśmiechem. To, co zrobiłam, nie ma z Erikiem nic wspólnego. [...]
Cztery i ja zostajemy. Czekam, aż sala opustoszeje i drzwi zostaną zamknięte. Dopiero wtedy spoglądam na niego. Idzie w moją stronę. 
 Czy twoje... – zaczyna.
– Zrobiłeś to specjalnie! – wrzeszczę.
– Tak, specjalnie – odpowiada cicho. 
– A ty powinnaś mi podziękować, że ci pomogłem. Zgrzytam zębami. 
 Podziękować? Mało nie przekłułeś mi ucha, cały czas naśmiewałeś się ze mnie. Za co miałabym ci dziękować?
– Wiesz, trochę mnie męczy to czekanie, aż załapiesz!
Gapi się na mnie ze złością, ale nawet wtedy jego oczy pozostają życzliwe. Mają szczególny odcień błękitu, tak ciemny, że prawie czarny, z małymi jasnoniebieskimi plamkami na lewej tęczówce, tuż przy krawędzi.
 Załapać? Co załapać? Że chciałeś udowodnić Ericowi. jaki z ciebie wielki twardziel? Że jesteś sadystą takim jak on?
– Nie jestem sadystą. – Nie krzyczy. Wolałabym, żeby krzyczał. Mniej bym się bała. Nachyla się. Twarzą zbliża się do mojej twarzy. To przypomina mi, jak leżałam kilkanaście centymetrów od kłów atakującego psa podczas testu przynależności.
– Gdybym chciał cię skrzywdzić, to nie sądzisz, że już bym to zrobił? – dodaje. Przechodzi przez salę, wali nożem w stół tak mocno, że ostrze wbija się prawie do rękojeści. 
– Ja... – zaczynam się drzeć, ale jego już nie ma. Wrzeszczę z wściekłości i ocieram krew z ucha.

*
– Czytałaś kiedyś manifesty? – pyta Will.
– Zostały spisane po stworzeniu każdej frakcji. Uczyliśmy się o nich w szkole, ale nigdy do nich nie zajrzałam. A ty? – Ściągam brwi, patrząc na niego. Potem przypominam sobie, że Will dla rozrywki nauczył się mapy miasta. – Och, oczywiście, że czytałeś. Wszystko jedno.
– Jeden z wersów, który zapamiętałem z manifestu Nieustraszonych, brzmi: „Uznajemy zwyczajne akty męstwa, odwagę, która każe jednej osobie stanąć w obronie drugiej”. – Wzdycha.

*
Becoming fearless isn’t the point. That’s impossible. It’s learning how to control your fear, and how to be free from it. — Four

Veronica Roth
„Niezgodna”, 2012

3.
Po niemal trzech wiekach kawa w Mardż Ujun nadal jest wszechobecna. (…) „Jeśli masz gościa i nie podasz mu kawy, to żaden z niego gość”. Bahidża świetnie o tym wiedziała.
W tym kraju za czasów Bahidży kobiety umiały na różne sposoby wnosić spokój w życie codzienne. Atmosferę zdominowaną przez skrajności łagodziły wtedy rytuały i medytacje, herbata i przysłowia; kojący układ ogrodowych grządek, cicha satysfakcja z pieczołowicie złożonej tkaniny (…) Każda chwila przynosiła coś, co odrywało oczy, umysł i serce od trosk.

*
(…) Hikmat wypowiedział myśl, którą od lat zdarzało mi się słyszeć: w każdym arabskim chrześcijaninie jest jakaś islamska cząstka. (...) Bez względu na wyznanie, wierzą, że łączy ich wspólna kultura, przerzucająca mosty między religiami, do tego dochodzą wspólne obyczaje, tradycje i wszystko, co się w nich zawiera – pojęcie honoru, gościnności, wstydu, dumy, godności i respektu dla Bożej potęgi. Wielu muzułmanów i chrześcijan miało nawet wspólną genealogię, legendarny początek w dalekim Jemenie.

*
W innych pokojach, przeznaczonych dla rodziny, Isber kazał ułożyć cementowe kafelki, element znany wówczas w Europie już od pół wieku, ale dopiero wchodzący w modę w Libanie. Bogate geometryczne desenie były wtopione w płytkę. Wytwarzane przez wykwalifikowanych rzemieślników przy użyciu żeliwnej formy i prasy hydraulicznej płytki miały rozmaite kolory, uzyskiwane dzięki kombinacji pyłu marmurowego, drobnego, białego cementu portlandzkiego i naturalnych pigmentów ziemnych.
Na Bliskim Wschodzie mówiono o nich sadżdżade, co jest jednym z arabskich określeń dywanu. (…) Wzory były różnorakie, od najprostszych – czarnych lub szarych linii – do trzech, czterech lub większej liczby kolorów, składających się na zawiłe desenie geometryczne, stylizowane kwiatowe albo jeszcze inne. (…) Rewolucyjna estetyka takiej płytki polegała na pięknie i prostocie. Wyrabiano je ręcznie, nie było dwóch jednakowych.

Anthony Shadid,
„Kamienny dom. O Bliskim Wschodzie, jakiego już nie ma”, 2014

2.
(...) któregoś dnia Hagen powiedział żartem do Michaela:
– No, teraz masz swojego Lucę.
Michael kiwnął głową. To on tego dokonał. Albert Neri był mu oddany na śmierć i życie. A oczywiście tej sztuki nauczył Michaela sam don. Ucząc się interesów, spędzając długie dnie pod kuratelą ojca, Michael zapytał go kiedyś:
– Jak to się stało, że używałeś takiego typa, jak Luca Brasi? Takiego zwierzęcia? 
Don przystąpił wtedy do pouczenia syna.
– Są na tym świecie ludzie – mówił – którzy chodzą, dopraszając się śmierci. Musiałeś ich zauważyć. Awanturują się przy grze, wyskakują rozwścieczeni z samochodów, jeżeli ktoś choćby obtarł im błotnik, upokarzają i maltretują ludzi, których możliwości nie znają. (…) To są faceci, którzy wędrują po świecie, wołając: „Zabijcie mnie!”. Zawsze znajdzie się ktoś gotowy spełnić ich prośbę. Co dzień czytamy o tym w gazetach. Ma się rozumieć, tacy ludzie wyrządzają też innym wiele złego. Luca Brasi był takim człowiekiem. Ale był tak nadzwyczajny, że przez długi czas nikt nie mógł go zabić. Większość tych ludzi nas nie interesuje, ale taki Brasi jest potężną bronią. Sęk w tym, że ponieważ nie boi się śmierci, a nawet jej szuka, trzeba się stać jedyną osobą na świecie, z której ręki naprawdę nie chce zginąć. Czuje tylko ten jeden lęk: nie przed śmiercią, ale że właśnie ty możesz być tym, który go zabije. Wtedy jest twój.

Mario Puzo,
„Ojciec Chrzestny”, 2014
słuchowisko

1.
Dzieciństwo skończyło się z pierwszymi strzałami... We mnie żyło jeszcze dziecko, ale już wespół z kimś innym...

Kiedy nasi przerwali pierścień blokady, wówczas „drogą życia” ewakuowano nas z Leningradu na Ural (...). Dzieci ratowano pierwsze. (...) W domu dziecka, do którego trafiłam, zebrano same dzieci z Leningradu. Nie mieliśmy nigdy dość jedzenia. Jeszcze długo nie byli w stanie nas nasycić. (...) Kiedyś siedziałam przy stole, akurat jedliśmy śniadanie. Nagle zobaczyłam kota. Żywego kota... Zerwałam się od stołu: „Kot! Kot!”. Wszystkie dzieci zobaczyły go i zaczęły się za nim uganiać: „Kot! Kot!”. Wychowawczynie były miejscowe, patrzyły na nas jak na obłąkanych. W Leningradzie nie ostał się ani jeden żywy kot... Żywy kot to było marzenie. Jedzenie na cały miesiąc...

Swietłana Aleksijewicz,
„Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy”, 2013